Dav

Pochwalcie się tu waszymi pracami, tak graficznymi jak i piśmienniczymi, może opowiadania? A może ktoś z was trafi do alei zasłużonych a jego dzieła na stałe trafią do świata gry jako księgi lub ikony ( skarb w grze ;) )
Awatar użytkownika
Ponczek
Posty: 296

Re: Dav

Post#21 » 16 mar 2018, 0:09

Po obu stronach panowała kompletna cisza. Wszyscy w napięciu oczekiwali aż arcykapłan dojdzie do wojowników leżących na środku dzielącej ich przestrzeni. W końcu pochylił się nad mężczyzną. Czuł mocny ból w plecach. Lata studiowania ksiąg niezbyt dobrze im się przysłużyły. Elf był martwy. Spojrzał na leżącą obok niego kobietę. Powinien był tu wysłać kogoś młodszego, może 50 letniego Nakamę? Jednak już oglądając pojedynek z murów miasta wiedział, że osobiście będzie pełnić funkcję sędziego. Tak nakazywała długa, honorowa tradycja. Nie mógłby później spojrzeć w oczy swoim poprzednikom w krainie umarłych gdyby wysłał tu kogoś innego. Oboje walczący byli młodymi elfami, którzy mogli wieść szczęśliwe, długie życie. Bóg Sensō z pewnością był zadowolony z ich ofiary. Chłopak zapewne w tej chwili ucztuje ze swymi przodkami w Jadeitowym Pałacu. Dziewczyna jeszcze oddychała. Po ranach jednak wnioskował, że ten stan szybko się zmieni. Krwawiła obficie. Tylko potężna magia lub boska wola mogą pozwolić jej przeżyć. Wstał z trudem, słysząc jak strzela mu w kręgosłupie. Odwrócił się w stronę miasta i pokłonił mu się najniżej jak tylko pozwalał mu ból. Jego wojownik zwyciężył. Z obu stron wyszło po dwóch mężczyzn z noszami.

*

- A więc się zaczęło. - powiedział E'ar patrząc na wrogie wojska które ruszyły gdy tylko obie grupy medyków zabrały swych wojowników do siebie. W tym kraju najważniejszy był honor.
- Tak, a my mamy mówiąc łagodnie, przesrane. Ale chociaż przed śmiercią zobaczyłem jak młoda pokonuje jednego z najlepszych szermierzy w kraju. - odpowiedział Garhein. Opierał się o swój topór, gładząc jedną dłonią swoją brodę.
- Jak nazywał się ten chłopak?
- Yasamoto. Z klanu Yataushi. Mają wspaniałych wojowników. Miał tu odnieść wielkie zwycięstwo które zapisano by we wszystkich kronikach. Ten który pokonał wojownika rebeliantów.
- Nie bardzo mu wyszło, skoro kapłan ogłosił An'ko zwyciężczynią.
- To była honorowa śmierć. Będą go pamiętać przez wiele pokoleń. Nic nie zapewnia większej sławy niż śmierć z ręki wielkiego wojownika. O niej też będą długo pamiętać. - dodał krasnolud, nie zdając sobie sprawy jak bardzo miał rację.

*

Gdy mężczyźni prowadzili swą rozmowę, łucznicy zaczęli ostrzał z murów do zbliżającej się wrogiej piechoty. Napastnicy mieli ze sobą drabiny i tarany, atakując na trzy spośród pięciu bram miejskich. Prawdziwy atak miał nastąpić tylko na jedną, pozostałe dwa powinny zaś odciągnąć część obrońców od głównego ataku. W końcu nastąpiło natarcie na mury. Większość cesarskich wojsk ruszyła na północną bramę. Sześć tysięcy żołnierzy. To tyle ile liczyła cała armia obrońców. Jednak stara zasada taktyki wojennej mówiła, że do oblężenia obmurowanego miasta potrzeba trzykrotnej przewagi. Atakujący musieli coś planować. Mimo starań Hantonów, na murach pojawili się pierwsi wrogowie. Tarany okazały się zdecydowanie za małe na miejskie bramy, w dodatku polane wrzącym olejem szybko traciły obsługę. Na murach robiło się coraz ciaśniej, atakujący powoli zbliżali się do schodów prowadzących na poziom ulic.

*

- Rozchmurz się Mosoki. - powiedział do niego starszy żołnierz kroczący obok. Razem z panem Tsubaki zostali zwerbowani do wojsk uzupełniających. Teraz ich oddział służył za obwody, powoli posuwając się za atakującymi północną bramę. Teoretycznie ich zadaniem miało być osłanianie flanki, lecz dowództwo nie spodziewało się żadnego ataku, toteż na flankach stały najmarniejsze oddziały, złożone z wieśniaków i miejskiej biedoty. Hołota ta miała wkroczyć później do miasta i urządzić jego mieszkańcom piekło. Młody piechociarz wlókł się wraz ze swym oddziałem w chaotycznym szyku, dzierżąc długą włócznię z bambusa z kruchym ostrzem na końcu. Nigdy w życiu nie bał się tak bardzo jak teraz. Pan Tsubaki był weteranem jednej ze starych wojen, starał się więc pocieszać chłopca, że tu, na tyłach, nic im nie grozi. Nie, skoro wszyscy buntownicy są zapuszkowani w mieście. Chłopak jednak przez cały czas nie dawał się przekonać, mimo, że miał wielkie zaufanie do starego elfa. Często pomagał mu w ich rodzinnej wiosce przy pracy w polu za jakieś grosiwo. Mosoki był sierotą, jego ojciec zginął w trakcie dawnych wojen, a matka zachorowała na zarazę. Pan Tsubaki zawsze o niego dbał... A jednak wciąż coś wewnątrz nie pozwalało młodzieńcowi uwierzyć, że są bezpieczni. W pewnej chwili zdało mu się, że słyszy tętent kopyt…

*

Parli przed siebie bez opamiętania. Gnali konie jakby miał to być ich ostatni galop w życiu. Pędzili jakby goniły ich wszystkie demony piekieł z samym Bogiem Śmierci na czele. Ale to oni mieli być demonami. W oczach stojących przed nimi żołnierzy, to właśnie oni byli Śmiercią.

Z przerażeniem spojrzał w lewą stronę, z której dobywał się coraz głośniejszy tętent i krzyki. Dowódca również patrzył w tamtą stronę w osłupieniu. Opanował się jednak i wydał rozkaz zwrotu w lewo. Wszyscy zobaczyli dlaczego głos tego psiego syna się załamywał.

Konie rżały i szarpały głowami z powodu wysiłku do jakiego je zmuszano. Gnały jednak dalej do przodu, instynkt stadny wziął górę nad ograniczeniami ciała. Wojownicy na ich grzbietach krzyczeli i wyli w bojowym szale.

Zdrętwiali z przerażenia składali swe włócznie w kierunku nacierającego wroga. Mosoki modlił się do Bogów których zawsze nienawidził za odebranie rodziców. Stary Tsubaki uśmiechnął się lekko. Dowódca wykrzykiwał rozkazy najgłośniej jak tylko mógł.

Pierwszy koń potknął się w zbyt wielkim pędzie, łamiąc przednie nogi i wbijając jeźdźca w ziemię. Po chwili kolejny. Wojownicy zapomnieli o wszystkim co ich otacza. Całym światem był dla nich wróg przed nimi. Krzyczeli na całe gardła tylko jedno słowo: Śmierć!

Żołnierze kurczowo trzymali swe włócznie. Mosoki po raz ostatni przeklął wszystkich znanych mu bogów.

Szarżujący wbili się w swych wrogów, tworząc z nimi jednolitą masę. Konie wbiły się w pierwszy, krzywy rząd włóczni, miażdżąc piechotę. Jeźdźcy przebili się przez szyk piechoty i zrobili nawrót na jej tyły. Powstał chaos. Krzyk, wycie i agonia wymieszało się z rżeniem, płaczem, jękiem i bólem, tworząc przerażającą pieśń cierpienia...
Pyszna Malinowa Gejka

Awatar użytkownika
Ponczek
Posty: 296

Re: Dav

Post#22 » 25 mar 2018, 1:15

- Co to kurwa było? - krasnolud wskazał na rzeź pod murami miasta.
- To, jest nasza kawaleria przyjacielu. Nasz cud. - odpowiedział mu Dav - W tej chwili jednak bardziej bym się martwił wydarzeniami na murach.

*

- Zrzucać drabiny! - krzyczał dowódca łuczników - Szybciej! Zrzućcie tych skurwysynów!
Żołnierze rzucili się do drabin stawianych pod ich murami, próbując przewrócić je czym tylko się dało - rękoma, tyczkami, włóczniami... Niektórzy rzucali kamieniami we wspinających się wrogów, inni starali się do nich strzelać, jednak w końcu u szczytu murów zaczęli pojawiać się pierwsi napastnicy. Natychmiastowe zabijanie tych którzy tylko wystawili swoje głowy zza osłon niewiele dawało. Cesarscy dostali się na mury.
- Na nich, zasiekać kurwich synów! - dowódca nie przestawał krzyczeć - Zabić psy!
Atakujący napierali coraz bardziej, wypełniając wszystkie wolne luki. Za każdego zabitego pojawiało się trzech następnych, zupełnie jakby zsyłały ich demony wojny, by zalały świat swymi trupami. Mimo usilnych starań dowódcy i zaciekłego oporu obrońców, cesarscy w końcu zbliżyli się do schodów prowadzących na ulice. Już mieli się przedrzeć na dół, gdy usłyszeli szaleńcze wycie buntowników. Był to okrzyk tryumfu. Ci którzy mogli się obejrzeć, zobaczyli jak wroga kawaleria rozbija flankę ich wsparcia. Żołnierze pod murami musieli się zreorganizować do walki z konnicą. Obrońcy na górze zaczęli napierać na napastników. Powzięli oni okrzyk swych braci na dole. W głosach tysięcy wojowników pobrzmiewało tylko jedno słowo - Śmierć!

*

Nie wiedzieli czemu kazano czekać im pod bramą której nikt nie atakował i na której murach nie było nic więcej niż symboliczna straż. Ten sektor uznano za bezpieczny. Mimo to, zebrano w nim cztery kompanie włóczni i dwie mieczy. Kto wystawia półtora tysiąca żołnierzy w bezpiecznej części miasta, gdy wiadomo, że każdy żołnierz się liczy? Odpowiedź na ich pytanie zbiegła właśnie z murów.

*

Wraz z krasnoludem przebiegli kawał murów miejskich. Że też wpadł na tak idiotyczny pomysł. Na ulicy stał już jego regiment. Wskazał towarzyszowi, by się nimi zajął, a sam podszedł do mężczyzny opartego o ścianę i uśmiechnął się szeroko.
- Czyli ciebie wyznaczyli do specjalnego zadania?
- Też się zdziwiłem. Wiesz, liczyłem, że stanę w pierwszym szeregu i z okrzykiem wolności na ustach ruszę na nieprzyjaciela, a tu hyc, każą mi znowu robić za złodzieja. - odwzajemnił uśmiech Belthorn. Zauważył coś dziwnego w przyjacielu. Po chwili zrozumiał co to takiego. - No, już nie patrz na mnie tym błagalnym wzrokiem. Zajmują się nią najlepsi specjaliści w kraju. Wzięli się do roboty od razu, gdy tylko dowiedzieli się, komu zależy na jej życiu.

- Dziękuję Ci. - przez jego twarz przeleciał cień ulgi. Wiedział, że Belthorn go zauważył. Postanowił zmienić temat. - Chyba nie muszę ci tłumaczyć, jak ważne jest to zadanie?
- Tak, tak, coś tam mi mówili, że jeśli zawiedziemy, to miasto czeka zguba i tak dalej. - przewrócił oczami.
- Nie my, tylko ty. Ja mam inne sprawy do załatwienia. - Dav poklepał go po ramieniu - Wiem, że dasz radę.
- Tak, tak, sprawię, że będziesz ze mnie dumny ojcze. - wyszczerzył zęby.
- Dzięki niebiosom, że nie jesteśmy spokrewnieni. - uśmiechnął się znów. Obyśmy znów się spotkali przyjacielu.

*

Ganiali w te i z powrotem, przynosząc różne medykamenty i przyrządy. Pokręcił głową z politowaniem i nachylił się nad kobietą leżącą na stole operacyjnym. Cała była poraniona, najbardziej jednak bał się tej rany, która przebiegała od prawego biodra, przez brzuch, między piersiami, aż do lewego ramienia. Gdyby atakujący sięgnął głębiej, zapewne skończyłaby w dwóch częściach. Cud, że jeszcze żyła. Niezrozumiały i niemożliwy dla zwykłego śmiertelnika, dla wprawnego czarodzieja jednak, fascynujący i intrygujący. Trzy kapłanki przeprowadzały na niej rytuały wzmacniające, a cztery uczennice przemywały jej rany. Wolał, by pacjentka nie dostała tężca albo innej cholery. Dwóch kapłanów przygotowywało rytuał, a czwarta kapłanka wprowadzała ich wszystkich w stan równowagi, tak aby żadne emocje nie zakłócały operacji. On sam zaczął intonować potężne zaklęcie, które miało złączyć pocięte organy. Był pełen podziwu wobec mocy jaką dysponowała kobieta. Oraz zadziwienia z powodu niewiedzy o takim darze tuż pod jego nosem. Jeżeli tylko przeżyje...
Pyszna Malinowa Gejka

Awatar użytkownika
Ponczek
Posty: 296

Re: Dav

Post#23 » 25 maja 2018, 2:23

Obóz Davów był całkiem spory jak na tylko dwa i pół tysiąca żołnierzy. Nie był jednak jakoś specjalnie strzeżony - prawie wszyscy byli teraz pod murami miasta. Po cichu ominął znudzonego strażnika. Pewnie wolałby być teraz wraz z resztą towarzyszy. Mógł go bez problemu zabić, ale po co? Nie... Dobry złodziej wkrada się niepostrzeżenie, bierze po co przyszedł i odchodzi, nie pozostawiając za sobą żadnych śladów, a ciało lub jego brak do takich właśnie się zaliczało. W środku panowała niebywała cisza. I pustka. Nikogo w tam nie zastał. Dalej znajdował się wewnętrzny krąg, otoczony dodatkową palisadą, w którym zapewnie znajdowały się namioty dowództwa. Według informacji jakie dostał od swych zleceniodawców, jego cel znajdował się gdzie indziej. Zdecydowanie lepiej ukryty...

*

Wraz z krasnoludem i swoim skromnym regimentem stanowiącym czwartą część całych wojsk obrońców wyszli przez wschodnią bramę. Co prawda musieli przez to obejść spory kawałek wcale nie krótkiego muru, by dostać się na pole bitwy, ale chociaż nie mieli problemów z wydostaniem się z miasta. Kanamoto było naprawdę duże i dziesięć tysięcy wypierdków nigdy nie dałoby rady kontrolować wszystkich jego pięciu bram, atakując jednocześnie na jedną z nich. W końcu zobaczyli swoich przeciwników. Konnica która ich zaatakowała, rozerwała szyki ich obwodów, a kilka oddziałów złożonych ze świeżych poborowych uciekała już w jedynym wolnym kierunku - na południe. W tej jednak chwili pojawił się tam wraz ze swymi żołnierzami, zamykając atakujących w pułapce. Uznał za zabawne iż jedną z jej ścian stanowili ich właśni bracia otaczający cesarza. Zaczął biec. Za nim ruszył krasnolud. A potem cała reszta. Zaczęli krzyczeć. Uważał, że krzyk na polu bitwy ma podwójną zaletę - wspomaga tych którzy go powzięli i zatrważa tych przeciw którym go kierowano. Nawet jeśli tylko tak mu się zdawało, zawsze krzyczał gdy ruszał do boju ramię w ramię ze swymi ludźmi. Dzieliły ich już tylko sekundy biegu...

*

Belthorn krążył po obozie, szukając jakiegokolwiek śladu wynalazku krasnoludów. Według Erithana Davowie nie wzięli go ze sobą na pole bitwy. Mieli go użyć w odpowiednim czasie, cokolwiek to znaczyło. Tak już się przyzwyczaił do pustego obozu, że aż mu serce podskoczyło gdy zza rogu wyszedł strażnik. Dobrze, że cały czas poruszał się w ukryciu. Nieostrożny złodziej, to martwy złodziej. Usłyszał jak towarzysz strażnika woła go do siebie:

- Chodź rzesz! Po co się szwędasz, co? Chodź grać w kenta. - jego głos był typowy dla szeregowego weterana, który lubił czasem popić.

- A jak ktoś się zakradnie do obozu? - ten był zaś klasycznym, młodym nadgorliwym rekrutem.

- To wszczniemy alarm. A teraz siadaj.

Zauważył, że przy stole poza nimi siedziało jeszcze trzech strażników. Nie mógł się nadziwić takiemu zaniedbywaniu bezpieczeństwa. Strażników jeszcze rozumiał, ale dowodzących? Czemu nie wystawili więcej straży? Nieważne, teraz musiał znaleźć składowisko wybuchowego prochu. Jeżeli wysadzą mury, w mieście może dojść do rzezi.

*

Wpadli w siebie z ogromnym impetem. Hantoni ponieważ na nich szarżowali, a Cesarscy dlatego, że uciekali przed konnicą i nie zdążyli wyhamować przed zagrożeniem przed nimi. Wcale nie tak łatwo zatrzymać prawie tysiąc biegnących mężczyzn. Efektem była masakra tych drugich. Jego ludzie przelecieli przez nich klinem i zaczęli siec od tyłu. Okrążeni, bez wyszkolenia, nie mieli żadnych szans. Po kilku minutach Hantoni byli gotowi do zaatakowania cesarskich pod murami. Zobaczył, że na murach prawie już nie ma napastników. Ci którzy byli od bramą spłonęli w gorącej smole. Wszystko układało się aż nazbyt pięknie. Czemu Davowie wciąż nie przyłączyli się do bitwy? Nie mógł wiedzieć, że tu jest. Na co więc czekał? Postanowił się tym teraz nie przejmować. Przed nimi stali już gotowi ciężcy piechociarze z włóczniami. To mógł być problem. Nie sądził, że tak szybko się zreorganizują. Z drugiej strony nie mógł jednak liczyć, że ruszy na nich kawaleria. Nabiliby się tylko na ich drzewce i tyle by było z bitwy. Żałował, że nie wziął ze sobą łuczników. Nie pozostało mu nic innego jak wysłać na nich swe własne włócznie i liczyć, że są dłuższe niż przeciwnika. Dwa oddziały wbiły się w pięciuset ciężkich piechociarzy. Zostawił za nimi jeszcze jedne włócznie i razem z resztą wyminął przeciwników. Ciągle myślał, że postępuje głupio, że powinien ich okrążyć i wyrżnąć, ale to zajęłoby za dużo czasu, a niewiele by tak naprawdę pomogło. Nie lubił dowodzić. Zdecydowanie preferował gdy sam wykonywał rozkazy kompetentnego dowódcy. Nie uważał się za takiego, wolał jednak by tak sądzili jego ludzie. Cesarscy przestali napierać na mury i ruszyli na ich mały oddział. Jakichś siedmiuset żołnierzy. Gdyby miał choć jednego, średnio uzdolnionego maga... Ale czasy bitew w których brali udział magowie już dawno przeminęły. Dziś było ich zbyt mało. Owszem, znalazłoby się wielu kuglarzy i prostaczków, ale szczytem ich możliwości był pioruny kuliste czy jakieś wyssania esencji życiowej. Dobre do małych, kilkuosobowych walk, ale mało kto z nich miał tyle mocy, by móc rzucać zaklęcia przez całą bitwę. Nie mówiąc już o prawdziwej magii. Kiedyś to byli magowie...

*

Nareszcie znalazł miejsce którego szukał. Okazało się być małym, nędznym magazynem w którym trzymano piwo. Strzegli go jedynie kwatermistrz i wartownik. Przez chwilę zastanawiał się, czy dalej przed samym sobą będzie udawać "dobrego" złodzieja, czy też po prostu poderżnąć im gardła. W końcu postanowił schować dumę w kieszeń i załatwić to szybko. Gdy wszedł do środka zrozumiał zamysł Davów - nie we wszystkich beczkach znajdował się złoty napój. Kilka z nich było niepozornie acz wyraźnie dla wiedzącego czego szukać, oznaczone. Otóż nie miały one oznaczenia z jakiego browaru pochodzą. Oznaczenie służyło między innemu po to, by można było łatwo zidentyfikować dostawcę zepsutego lub zatrutego piwa czy wina. Wziął do ręki korkociąg i wydrążył dziurę w pierwszej beczce która nie miała oznaczenia. W środku znajdował się jakiś ciemny proch. Znalazł tuzin takich beczek. Wszystkie ustawione w rogach magazynu.

- Dobra, teraz czas na zabawę. - pomyślał.

*

Z taką garstką żołnierzy jaką dysponował, nie mógł zbyt wiele działać. Ruszył na niego oddział wrogiej piechoty.

- Masz w zanadrzu jakiś kolejny cud przyjacielu? - zapytał stojący obok niego krasnolud.

- Mam taką nadzieję. - odpowiedział, po czym dodał - Założysz się, że zabiję więcej wrogów?

- Klasyczny pojedynek między elfem i krasnoludem? Czemu by nie. - zarechotał, po czym poklepał go po ramieniu i rzucił się do ataku na wroga. Dav postanowił nie dawać mu forów.

Skoczył do przodu, wbijając ostrze w pierś elfa. Wyciągając je, płynnym ruchem ciął pod pachą drugiego. Wyrwał mu miecz z dłoni i przy pomocy dwóch ostrzy odciął mu głowę. Krasnolud uderzył wroga trzonkiem topora w brzuch, po czym ciął z góry.

- Ha! Mam pierwszego! - krzyknął do elfa.

- Trzeci! - odpowiedział mu, podrzynając gardło kolejnemu cesarskiemu. Bardzo mu to coś przypominało...

*

Lord Deglan obserwował przebieg bitwy ze wzgórza, siedząc wygodnie w siodle.

- Panie, czy mamy przystąpić do ataku? - zapytał Aligern. Nie podobało mu się to oczekiwanie, podczas gdy ich sojusznicy umierali strzał z łuku od nich. Gdyby chociaż mógł poprowadzić kawalerię...

- Jeszcze nie. Poczekajmy aż się trochę powyrzynają. - odpowiedział namiestnik. - Potem podłożymy bomby. Nie pozwolę, by ta hołota od tak weszła sobie do miasta.

- Dlaczego więc nie zaatakowaliśmy pierwsi? - mężczyzna nie rozumiał swego władcy.

- Chcemy wkroczyć jako zwycięzcy, nie jako pomocnicy Aligernie. - wyjaśnił podwładnemu. Sojusze zawiera się dla korzyści, a najwięcej Davaran zyska, jeśli sam zajmie Kanamoto. Co prawda będzie to go kosztować dobre imię, ale kto się tym przejmie? Ci prostacy ze stepów? Klany Tahów? Po tym zwycięstwie nie będą mieli nic do gadania.

*

Jego oddziały powoli topniały. Ulegali liczbie wrogów, powoli będąc odpychanymi spod murów. Konnica już dawno została zdziesiątkowana przez włócznie. Tak to jest, gdy nie posiadasz dobrych oficerów którzy rozumieją twoją taktykę. Atak na flankę i odwrót, a nie szarża we wszystko co się rusza i dodatkowo ma długie wykałaczki na które można łatwo się nadziać.

- Garhein! - krzyknął do krasnoluda - Cofamy się do naszych włóczni!

Ten jednak był bez reszty pochłonięty mordowaniem kolejnych zastępów cesarskich. Gdyby tylko miał setkę takich Garheinów... Przebił się do wojownika, złapał go za ramię i powtórzył rozkaz.

- Każ im się cofnąć, albo utnę ci ten pusty łeb!

Krasnolud pokręcił głową, mruknął coś o miękkich elfach, lecz w końcu wydał rozkaz swoim żołnierzom.
Okazało się, że z trzech oddziałów zostawionych z tyłu, zostały niecałe dwie setki żołnierzy. Erithan żałował, że nie podzielił wojsk na mniejsze jednostki, lecz nie miał kogo obsadzić w ich dowództwie. Ile by teraz oddał za regiment ciężkiej piechoty... Spojrzał na wzgórze na którym wciąż czekali Davowie. W co ty pogrywasz Deglan?

*

- Aligernie. - wezwał swego rotmistrza - Sądzę, że właśnie nastał odpowiedni moment. Zaatakuj Tahów od południa i zamknij w ich własnej pułapce. Wyślij też ludzi po bomby.

- Tak jest Panie.

Dziwił się, że namiestnik postanowił zostawić ich tajną broń bez ochrony, lecz nikt nie mógł przecież podejrzewać, że beczki z piwem mogą niszczyć kamienne mury. Mimo to jednak miał złe przeczucia...

*

- E'ar? - krasnolud poklepał towarzysza po ramieniu - Czy oni aby nie wykonują twojej sztuczki?

Z południowego zachodu szarżowały na nich trzy setki ciężkiej konnicy. Duma davarańskiego narodu.

- A więc postanowił wykiwać wszystkich i samemu wziąć sobie miasto. Niech ten cały Taisho przyśle tu posiłki.

- Sądzę, że najłatwiej będzie mu to powiedzieć osobiście. Właź na drabinę i wróć z tysiącem żołnierzy. Nie marudź. Mam jeszcze ludzi. Ustawię rząd włóczni, pomodlę się o łaskę bożą i może wytrzymam do tego czasu.

Elf przez chwilę patrzył krasnoludowi w oczy, po czym uścisnął mu przedramię i zaczął biec w stronę murów. Jakiś wrogi włócznik próbował go przedziurawić, lecz zdążył się uchylić i odciąć mu dłoń. W końcu dotarł do drabiny. Wtedy też usłyszał potężny wybuch daleko z swoimi plecami.

*

Belthorn z satysfakcją obserwował eksplozję i efekty jakie wywołała. Magazynu już nie było. A także sporej części namiotów i ziemi wokół niego. Dobrze, że zachował ostrożność i usypał długą ścieżkę z prochu prowadzącą do samej palisady. W wielu miejscach walały się zakrwawione części ciał strażników. Niezbyt przyjemna śmierć jak sądził. Za to jaka widowiskowa. Teraz rozumiał jak potężną bronią dysponowały krasnoludy w Khaza'an. Tylko jak Davowie ją od nich zdobyli? Jego przemyślenia przerwali biegający wszędzie żołnierze. Pojawili się tuż po wybuchu, co oznacza, że musieli być tuż przy obozie. Najwyraźniej zniszczył beczki w ostatniej chwili...

*

Podziwiał szarżę swej wspaniałej kawalerii, gdy nagle ze strony obozu nastąpił ogromny huk. Nawet się nie odwracał. Dobrze wiedział co to oznaczało. Wezwał drugiego rotmistrza i nakazał atak piechoty. Nikt nie stanie mu na drodze do świetności Davaranu.
Pyszna Malinowa Gejka

Awatar użytkownika
Ponczek
Posty: 296

Re: Dav

Post#24 » 26 maja 2018, 0:09

Daimyo Taisho oglądał przebieg bitwy z blank swych potężnych murów. Gdy zobaczył wielki wybuch za pozycjami Davów na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. Teraz jego mury były bezpieczne. Po chwili jednak zaczął wątpić w tą myśl. Z południowego zachodu na jego żołnierzy szarżowała kawaleria, a z zachodu nadbiegała davarańska piechota. Zastanawiał się nad wydaniem jakichś rozkazów, gdy kątem oka zobaczył jak obok niego przebiegał ten dziwny Dav. Mężczyzna zaczął krzyczeć na żołnierzy stojących na murach, po czym kazał im otworzyć bramę. Po chwili cztery oddziały piechoty schodziły po schodach na ulice i podążyły na pole bitwy. Sam mężczyzna złapał konia na którym Taischo przybył pod bramę. Teraz ze zdziwieniem na twarzy patrzył jak Dav pędzi na jego koniu w stronę wzgórza na którym stała drużyna davskiego namiestnika.

*

Konie bojowe są tak trenowane by nie bały się dźwięków występujących na polu bitwy. Żaden jeździec nie chce by jego rumak będąc w pełnym galopie podczas szarży nagle spanikował i zaczął się szarpać lub by stanął dęba. Cóż, w programie szkoleniowym nikt nie przewidział potężnego wybuchu jakiegoś krasnoludzkiego wynalazku, którego nie spodziewali się nawet sami jeźdźcy. Efekty uboczne wyczynu Belthorna były naprawdę intrygujące. Konie się spłoszyły, kawalerzyści nie wiedzieli co się dzieje, walcząca piechota na chwilę straciła skupienie na wrogu, a jedyną osobą na polu walki która nie straciła jaj, był stary Garhein. Zmienił formację swych żołnierzy wystawiając z przodu włócznie przysłane przez E'ara, a prawą flankę zastawił miecznikami. Teraz patrzył jak szalony elf pędził w stronę wrogiego dowódcy. Ciekawiło go też, co teraz porabia znajomy złodziej...

*

Aligern był doświadczonym jeźdźcem, wychowanym na stepie. Szybko opanował konia, po czym zreorganizował zmieszaną konnicę. Niektóre rumaki wpadły na inne i połamały sobie nogi, a jeźdźcy ponabijali się na bronie swych towarzyszy, ale nie było to nic, co mogłoby powstrzymać ponowny atak ich oddziału. Po chwili znów byli w pełnym galopie, szarżując na piechotę buntowników.
Nadszedł ten wyjątkowy moment. Ta krótka chwila gdy pędzisz na jednym z najszybszych rumaków w krainie, a przeciwnik przed tobą czeka gotowy z włócznią wymierzoną w twoje trzewia. Gdy od śmierci dzieli was tylko kilka oddechów, a o zwycięstwie decydują nerwy ze stali. Gdy chwila zwątpienia kosztować cię będzie życie. Gdy naprawdę jesteś wolny, a wszystko zależy tylko od ciebie. Nie ma lepszej śmierci dla wojownika, od tej w bitwie. Ani większej glorii niż zwycięstwo w niej.

*

Belthorn jak to wypada zawodowcowi po wykonaniu dobrej roboty, postanowił zrobić sobie krótką przerwę. W tym celu udał się na wypatrzony wcześniej mały pagórek z którego widać było pole bitwy. Znajdowała się na nim mała wiśnia, pod którą wygodnie się rozłożył i obserwował chaos pod murami miasta. Z dwojga złego jemu trafiło się lepsze zadanie niż Garheinowi i jego chłopcom. Już miał się zdrzemnąć gdy, kątem oka zauważył jeźdźca pędzącego w stronę dowództwa Davów.

- Ciekawe. - pomyślał.

Jeździec dotarł na wzgórze okupowane przez atakujących i powoli jechał w stronę namiestnika
mijając jego gwardzistów. Nikt nie zastąpił mu drogi.

- Co on do cholery wyprawia?

*

Tak jak sądził, Deglan powodowany ciekawością kazał swym strażom go przepuścić. Nawet lepiej. Mężczyzna siedział na swym wielkim rumaku w pozycji godnej władcy wielkiego imperium. Zapewne pragnął nim być. Po chwili ich konie stały na przeciw siebie, a oni sami dokładnie przyglądali się sobie nawzajem. Żadnemu nie mrugnęła nawet powieka. Stary skurwysyn - pomyśleli obaj równocześnie. W końcu E'ar przemówił pierwszy:

- A więc to tobie zawdzięczamy to piękne widowisko za moimi plecami. - powiedział z cieniem uśmiechu na twarzy.

- Nie umniejszaj w tym swoich własnych zasług. - surowa twarz namiestnika pozostała bez skazy. Nawet największy szuler nie wyczytałby z niej śladu emocji.

Przez chwilę panowała kompletna cisza. Nikt wokół nich nie miał odwagi przerwać jej w jakikolwiek sposób. Wszyscy przestali nawet oddychać. E'ar uśmiechnął się melancholijnie i powiedział:

- Jak chcesz to rozegrać stary przyjacielu?

Deglan wciąż lustrował go wzrokiem. Dobrze go znał. Z zewnątrz zawsze wydający się zimny i niewzruszalny, w środku zaś pełen wątpliwości i nienawiści do samego siebie. Nigdy nie wiedzący czego tak naprawdę chce. Mógłby go tu zabić, kazać komuś go zastrzelić, a on nawet by nie wiedział kiedy zginął. Mógłby go pojmać i zabrać do stolicy, gdzie urządziłby pokazowy proces, po którym bez problemu zostałby koronowany na króla. To jednak byłoby zbyt łatwe, pozbawione satysfakcji. Zbyt długo na to czekał, by tak to się skończyło. Pragnął odpowiedzi. Mimo iż sam się ich od dawna domyślał.

- Czemu odszedłeś? - powiedział dokładnie wiercąc go wzrokiem.

- To złe pytanie, mój przyjacielu. - odpowiedział suchym, pozbawionym emocji głosem.

W jego jasnych oczach pojawiły się pioruny.

- Dlaczego stworzyłeś Baliran?

- Bym mógł odejść. - uśmiechnął się kpiąco.

Ta rozmowa zaczynała naprawdę go irytować. Miał jednak jeszcze jedno pytanie.

- Dlaczego wróciłeś?

Tym razem nie udzielił odpowiedzi od razu. Nie znał jej.

- Rozumiem. - prychnął - A jednak tu jesteś, mimo że się nas wyparłeś i stoisz przede mną. Zawsze pragnąłem jak najlepiej dla Davaranu, ale ty nie słuchałeś. Stworzyłeś nas, tylko po to, by nas ignorować. Powiedz, jakie to uczucie być niczym Bóg, co? Czujesz się wspaniale dzięki swej władzy i potędze? Ale wiesz co? Nie potrzebujemy cie i nigdy nie potrzebowaliśmy. Zakończyłeś wojnę domową tylko po to, by wywołać kolejną swoim odejściem. Gdybym nie przejął władzy jako namiestnik, Davaran spłynąłby własną krwią. Tak się jednak nie stało. I nie pozwolę byś do tego doprowadził. Na co liczyłeś stając przede mną? Że położę los kraju na szali w pojedynku? Że każę cię zamordować na miejscu i uwolnię cię od wiecznej tułaczki? Nie. Nikt nie da ci tej łaski. Zawsze będziesz samotnie tułać się po tym świecie.

Przez chwilę patrzył na niego nienawistnym wzrokiem, po czym cichym głosem dodał:

- Kiedyś naprawdę w ciebie wierzyłem. Chciałem byś odnowił Davaran jako nasz król. Gdy zniknąłeś liczyłem, że jeszcze powrócisz. Potem jednak przejrzałem na oczy. - w jego oczach widać było już tylko ból - Od dawna jesteś martwy i tak już pozostanie. Proszę, odejdź.
Pyszna Malinowa Gejka

Awatar użytkownika
Ponczek
Posty: 296

Re: Dav

Post#25 » 28 cze 2018, 3:21

Belthorn obserwował jak E'ar odjeżdża na zachód. Przez chwilę zastanawiał się, czy samemu nie postąpić podobnie, jednak postanowił raz w życiu postąpić jak bohater, umierając za jakieś głupie ideały o których nikt za dwadzieścia lat nie będzie pamiętać.
Podkradł się do koni na których przybyli żołnierze aktualnie oglądający jego dzieło. Wyjął zza pasa sztylet i powoli się skradając, zaszedł od tyłu chłopaka który pilnował wierzchowców.

- Wybacz młody. - pomyślał, po czym wbił ostrze w jego ciemię. Natychmiastowa śmierć. Cicha i bezbolesna.

Wsiadł na najbardziej zadbanego konia i popędził w stronę Dava.

*

Davarańska kawaleria wbiła się wprost we włócznie Tahów. Powietrze rozryła mieszanina rżenia koni, krzyków ludzi i szczęku stali. Obrońcy utrzymali szyk i bez większych problemów dosięgali swymi włóczniami wrogów dosiadających koni. Z ich flanki nadchodziła jednak piechota. To co zostało z łuczników, ostrzeliwało ich teraz z murów. Obrońcy powoli stawali się wycieńczeni, a Davowie dopiero co zbiegli ze wzgórza, świeżo wypoczęci, z przewagą liczebną. Za nimi kroczyli łucznicy, gotowi wystrzelać znajdujących się pod murami Tahów. Na ten widok w głowie Garheina pojawiła się dość oczywista myśl:

- E'ar, zrób coś do cholery.

*

W końcu Belthorn zdołał dogonić Dava. Wyprzedził go i zastawił mu drogę własnym rumakiem.

- Co ty do cholery robisz?

Mężczyzna spojrzał na niego z lekką konsternacją.

- Tam za nami toczy się bitwa, a ty tak po prostu odchodzisz? - wskazał na niego palcem - Nie wiem o czym gadałeś z tym gościem, ale dałeś słowo, że nam pomożesz. Co Ona sobie pomyśli? Nawet nie udawaj, że nie wiesz o czym mówię. Bierz dupę w troki i jedźmy ratować świat!

Mężczyzna wciąż patrzył na niego ze zdziwieniem, lecz po chwili uśmiechnął się mimowolnie. Lubił tego smarkacza. Chyba nadszedł czas, by zostać bohaterem.

*

- Utrzymać linię! - krzyczał stary krasnolud.

Tysiąc Davów napierało na nich z zachodu, a kawalerzyści którzy zaatakowali od południa nie chcieli wcale zdychać, cholerne dupki.

- Nie ustępować, musimy wytrzymać! - wydzierał się na całe gardło.

Ludzie nie mieli już siły, a wciąż nadciągający wrogowie wcale nie podnosili ich morale. Ostrzał z murów był znikomy, ponieważ mało kto został na nich żywy - większość poległa w walce z Cesarskimi. Sami Davowie zrezygnowali ze strzelania do Tahów, widząc, że kawalerzyści wciąż są związani z nimi walką. Paradoksalnie właśnie oni uchronili obrońców przed natychmiastową śmiercią. Wyglądało jednak, że kostucha nie będzie musiała długo na nich czekać. Tahowie byli coraz mocniej napierani, a wrogów zdawało się w ogóle nie ubywać. Wtedy właśnie stary krasnolud usłyszał krzyk swego towarzysza Khara:

- Na Wodana! Patrzcie tam! - wskazał na wzgórze, na którym znajdowały się dwie postacie dosiadające wspaniałych koni.

Wyglądali oni niczym z opowieści o Hiru - wojowniku który przemierzał świat odmieniając losy bitew, a nawet całych wojen. Jeden z nich wyciągnął zza pasa miecz, w którego ostrzu odbijało się światło słońca, po czym wraz z towarzyszem zaczęli galopować w dół wzgórza, prosto na Davów. Garhein natychmiast zrozumiał przekaz:

- Do boju, żołnierze! Bohaterowie przybyli nam na pomoc! Pokażmy im iż jesteśmy godni!

Oczywiście większość nie była w stanie dokładnie zrozumieć jego słów w otaczającym ich chaosie, ale liczył się przede wszystkim przekaz emocjonalny. Stary krasnolud mógłby przysiąc, że w jego ludzi wstąpiły nowe siły. Sam zauważył iż zaczął prowadzić ich agresywnie na wroga, zamiast cofać się pod mury. Cholera, może rzeczywiście bohaterowie przybyli ich wesprzeć.

*

Pędzili tak szybko, jak tylko potrafiły ich konie. Ich całym światem stali się tylko znajdujący się przed nimi wrogowie. Nic innego się nie liczyło.
Zeskoczył z galopującego konia, prosto na plecy elfa. Wbił w nie ostrze i przetoczył się po plecach. Biegł. Ciął z dołu. Uchylił się przed ciosem i kopnął przeciwnika. Jednocześnie atakował i przepychał się przez szeregi wrogów, prosto w środek starcia. Ciął kogoś pod pachą i wbił mu ostrze w żebro. Puścił rękojeść, podniósł z ziemi włócznię i kilkoma szerokimi cięciami zaczął robić wokół siebie wolną przestrzeń. Ile by teraz dał za dobrą glewię... Znowu to czuł. Szał bitwy i zapomnienie w walce. Zupełnie jakby medytował i jednocześnie tańczył. Znów był wolny.
Dostrzegł znajomą twarz. Uśmiechnął się i przebił przez kilku wrogów, by dostać się bliżej niego.

- Ilu już naliczyłeś? - rzucił, odcinając elfią głowę.

Garhein spojrzał na niego ze zdziwieniem, po czym zarechotał.

- Na pewno więcej niż ty! Musimy coś zrobić, albo nas tu wyrżną!

Odbił cios i wbił ostrze w brzuch przeciwnika. Upadające ciało wygięło i złamało swym ciężarem drzewce włóczni. Cholerne gówno. Przypomniał sobie, że zostawił swój miecz w trzewiach jakiegoś trupa. Uchylił się przed ciosem i uderzył atakującego w potylicę kawałkiem drzewca. Wyrwał mu z dłoni miecz i wbił go w jego plecy.

- Cofamy się do bramy, w ścisku nie będą mogli wykorzystać swojej przewagi liczebnej.

- Cofnąć się! Cofnąć się do bramy! - krasnolud wydał rozkaz. - Oby to nam pomogło.

*

Daimyo Taisho zawierzył obronę miasta obcemu Davowi, twierdzącemu, że jest oficerem wrogiej mu armii. W tej właśnie chwili stał na murach swego miasta i obserwował przebieg bitwy która miała zadecydować o jego przyszłości. Nie mógł sobie zdawać sprawy jak poważne miały być jej skutki. Zastanawiał się, czy postąpił dobrze, jednocześnie patrząc jak jego żołnierze wycofują się w stronę bramy. Zaczynał poważnie wątpić w swoją przyszłość, gdy już dostali się do miasta. Chwilę później jednak, jego duszę przepełniały dwa uczucia - nadzieja i przerażenie. Pojawiły się one dokładnie w tym momencie gdy zobaczył efekty działania projektu zleconego przez Dava, gdy ten przygotowywał plan obrony. Bardziej jednak niż widok, przemówiły do niego krzyki wrogich żołnierzy i smród powstały po zalaniu ich wrzącym olejem i podpaleniu.
Pyszna Malinowa Gejka

Wróć do „Wasz dorobek”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość